Strona Główna www.honda-crosstourer.pl
Portal i forum motocykla Honda CROSSTOURER

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Skandynawia solo 2014, czyli na Nordkapp dookoła Bałtyku
Autor Wiadomość
tomano
Trzeci Tłok


Dołączył: 18 Cze 2013
Posty: 50
Skąd: Miasto Stołeczne Poznań
  Wysłany: 2014-10-28, 23:14   Skandynawia solo 2014, czyli na Nordkapp dookoła Bałtyku

Na początku lipca, :arrow: jak zapewne nikt poza mną nie pamięta ;-) , wybierałem się na Nordkapp. A jako, że się wybrałem, to i poniżej załączam czytadło. Raczej do poduszki niż na szybkie przewinięcie ;-)

Skandynawia Solo 2014
czyli wyprawa na Nordkapp trasą dookoła Bałtyku.


Klimatyzacja głośno szumi, Artur rozbudza się na górnej koi i zaczyna przewracać z boku na bok, pewnie niedługo wstanie. Lewa dłoń swędzi niemiłosiernie i jest strasznie opuchnięta u nasady kciuka. Prom relacji Ystad-Świnoujście mozolnie, lecz konsekwentnie zmierza po spokojnym Bałtyku do swojego celu. Siedzę i zastanawiam się, co za 5, 10 czy też 20 lat najlepiej będę pamiętał z całej tej wyprawy? Może spotkanie ze Świętym? A może upadek do rowu lub Finki radośnie skaczące w fale na komendę szczerbatego kapitana? Czy też Andrieja i jego opowieści lub podróżującą parę która zaliczyła siedemnastkę? Albo samotne noce na odludziu, podczas których słońce rozświecało biały, lipcowy śnieg dokładnie o północy? Bo pewnie o dwóch meszkach, które kilka dni temu pokuły mnie tak, że na dłoń z trudem można było wcisnąć rękawicę, to raczej zapomnę. Artur chyba się obudził, bo zaczyna przeglądać coś w swoim smartfonie i wygląda na takiego, który robi to z pełną świadomością. Pora zacząć historię od początku.



Pomysł wyjazdu do Skandynawii nie jest ani nowy ani oryginalny, ale moja podróż jest dla mnie wyjątkowa tak samo, jak dla każdego wyjątkowa jest jego duża wyprawa. Zrodził się w mojej głowie już przed wielu laty, jednak z pomysłu w plan przerodził się dopiero kilka miesięcy temu. Pomysł ten nie był zbyt wyrafinowany. Po prostu: uderzam przez Finlandię na północ, oglądam Nordkapp i wracam na południe przez Norwegię. Z biegiem czasu zaczął obrastać szczegółami przyjmującymi postać wartych odwiedzenia punktów na mapie, a już w styczniu wiedziałem, że chcę jechać w pierwszej połowie lipca. Wici rozesłane wśród znajomych jak i posty na dwóch różnych forach internetowych nie zaowocowały żadnymi konkretnymi deklaracjami współtowarzyszenia. Wprawdzie odzew jako-taki był, lecz ewentualni chętni występowali albo pod postacią zapaleńca ze słomianym zapałem, który od razu pakuje się i zdecydowanie jedzie i trwa zdecydowanie w swoim postanowieniu dopóty, dopóki kac nie minie, albo panienki-cnotki, co to „chciałaby a boi się”, w związku z czym na początku czerwca już wiedziałem, że pojadę sam. I chyba dobrze się stało, bo w dniu wyjazdu pod moim kaskiem kołatała się taka masa różnych rozterek i myśli zupełnie niezwiązanych z wyjazdem, że chyba nie byłem dobrym kompanem nawet dla bakterii e.coli, które, chcąc, czy nie chcąc i tak ze mną w podróż musiały się udać.



W piątek, 4 lipca do pracy jadę zapakowanym motocyklem. Trzy pełne kufry, wielka torba na siedzenie pasażera i tankbag mieszczą wszystko, co jest potrzebne do samodzielnej egzystencji: namioty, matę samopompującą, dwa śpiwory, odzież, bieliznę i obuwie na zmianę, zapas jedzenia wraz z palnikiem i odpowiednią do jego zasilenia ilością gazu oraz drobne pierdoły techniczno-naprawcze. Zaraz po pracy wyruszam na wschód z zamiarem dotarcia aż pod wschodnią granicę w okolicach Suwałk. Niestety zmęczenie dopada mnie znacznie wcześniej i już w środku Mazur zaczynam szukać noclegu. Przez przypadek trafiam na ciekawą stanicę wodną PTTK w Sorkwitach, która zachwyca mnie gościnnością i miłym przyjęciem. Obiad robią mi po godzinie zamknięcia kuchni, a następnego dnia pyszną jajecznicę na szynce z własnej wędzarni komponuje mi sam szef stanicy w godzinach, gdy kucharki jeszcze śpią a oficjalnie kuchnia jest zamknięta. Wyjeżdżając nie wiem jeszcze, że jest to ostatnie miejsce, gdzie właśnie doznałem „prawdziwej” nocy, gdyż dalej na północ, nawet w miejscach w których słońce jeszcze zachodzi, nawet w środku nocy będzie jasno.


Zaraz po jajecznicy i kawie wyruszam na północ. Tuż za Polską granicą droga staje się po prostu nudna – długa prosta z ograniczeniem prędkości ciągnie się do Tallina w którym czeka mnie niemiła niespodzianka: hotel Villa Estonia zamówiony za pośrednictwem booking.com praktycznie nie istnieje. Budynek rzeczywiście stoi, lecz jest to budynek widmo. W środku nie ma żywej duszy, a zamiast obsługi recepcji postawiony numer telefonu pod który należy dzwonić. Pierwszy telefon przynosi informację, że osoba go odbierająca „jeszcze dziś przyjdzie, ale nie wie kiedy i mam czekać” po czym następuje rozłączenie. Kolejna próba kontaktu to odrzucanie połączenia. Włażę na motocykl i udaję się na poszukiwanie alternatywnego miejsca do noclegu. Zajeżdżam na kemping. Pech chce, że akurat wtedy Tallin jest gospodarzem największego estońskiego festiwalu muzyki folkowej, którego goście parę metrów od mojego namiotu do trzeciej nad ranem zawzięcie pracują zarówno nad doskonaleniem swoich umiejętności wokalnych, jak i degustacją różnego rodzaju trunków, przez co pobudka na prom Tallin-Helsinki przed godziną 6:00 nijak nie może zostać zilustrowana słowami piosenki „jak dobrze wstać skoro świt”.



Jednak wstać się udaje i z zarezerwowanym promem nie ma już żadnych przejść, w związku z czym w niedzielę, 6 lipca jeszcze przed 10:00 ląduję w Helsinkach, gdzie zaopatrzony w przewodnik szybko oglądam ciekawy, wyryty w skale i przykryty szklanym dachem kościół Temppeliaukio oraz urządzam sobie moto-spacer po dzielnicy Senatorskiej. W stolicy Finlandii nie zabawiam długo. Jeszcze przed południem wyruszam w stronę Turku i w tym miejscu zaczyna się „przygoda” z fińskimi drogami. Autostrada pomiędzy Helsinkami a Turku jest… jak autostrada – długa, prosta i z ograniczeniem prędkości do 120km/h. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że, z punktu widzenia motocyklisty, to najciekawsza droga w całej Finlandii. Inne drogi to również długie proste, jednak tam ograniczenie prędkości wynosi 100km/h lub czasem 80km/h i rzadko kiedy nadarza się okazja by kogokolwiek wyprzedzić. Jednak z drugiej strony niekoniecznie jest to złe. Człowiek, który ma parę spraw do przemyślenia, a ja wyjeżdżając miałem głowę pełną niedokończonych myśli, ma czas na naprawdę długą kontemplację. Powyższe jest powodem tego, że prawie przez cały pobyt w Finlandii lewa ręka rzadko kiedy dotyka manetki i, w zależności od pozycji nóg, ląduje albo na kolanie, albo na tankbagu, natomiast nogi, na przemian lewa i prawa, znajdują sobie całkiem wygodne oparcie zamiast na podnóżku to na gmolu. Jedynie prawa dłoń cierpi męki ze względu na brak tempomatu.



Nudę motocyklową, szczególnie w moim stanie nastawionym na medytację, w znacznej mierze rekompensują jednak widoki, bo tymi to Finlandia może się pochwalić. Nie są one wprawdzie tak spektakularne, jak później oglądane fiordy czy wodospady Norweskie, lecz wielkie, puste i spokojne jeziora pośród ogromnych, zalesionych wzgórz pozostawiają naprawdę niezatarte wrażenia, a dla kogoś, kto jest spragniony chwili wytchnienia i odpoczynku oraz ma ochotę na czasowe zwolnienie tempa okazują się tym miejscem, w którym można się odnaleźć bez kłopotów.
Doświadczenia wcześniejszych wyjazdów nauczyły mnie, że dobrze jest brać ze sobą w podróż jakieś przewodniki, więc i tym razem w takowy się zaopatrzyłem. Za jego radą gnam, na ile fińskie przepisy pozwalają (czyli jak na Polskie warunki to raczej ślamazarnie zmierzam) w stronę Turku, gdzie chcę zobaczyć archipelag wysepek z trasą widokową. Archipelag okazuje się ładny i poprowadzona przez niego droga, na której czeka kilka przepraw promowych, również godna jest polecenia, lecz to, co na niej najbardziej uderza to rzeczywista harmonia współistnienia cywilizacji z naturą. Wszystkie wysepki są albo zamieszkałe na stałe, albo pobudowane są na nich domki letniskowe, lecz tak dobrze to wszystko komponuje się z przyrodą, że pomimo widocznej urbanizacji terenu, trudno odmówić mu naturalnego uroku.




Ze względu na ograniczenia czasowe nie przejeżdżam całej trasy, lecz jej fragment po czym kieruję się na północ w stronę Raumy, gdzie obiecany mam kontakt z „doskonale zachowaną architekturą drewnianą jednego z najstarszych miast Finlandii”. Zważywszy jednak na porę przybycia udaję się na kemping. Już w recepcji wita mnie bardzo ładna dziewczyna: „Dzień dobry. Czy znajdzie się miejsce dla namiotu i jednego faceta” – rzucam po angielsku. „Oczywiście. Mamy piękne miejsca zaraz nad brzegiem” – dziewczyna przeciąga się, robi rozmarzone oczy i wykonując ruchy niemalże jak kotka w rui zaczyna opowiadać o romantycznych zachodach słońca z zachwycającymi widokami. Kurczę – czy ona mnie podrywa? Zerkam na moje odbicie w szybie: łysy niedogolony facet w dodatku przepocony po całym dniu jazdy w upale. Patrzę znowu na dziewczę: bliżej jej wiekiem do wieku mojej córki niż mojego, a z drugiej strony mnie jeszcze z 10 lat brakuje do kryzysu wieku średniego, bym tyle młodszymi się chciał interesować. O co tu chodzi? Nie, to nie jest przypadek, ale też nie żaden podryw. Po kilku następnych spotkaniach z przedstawicielkami płci pięknej pracującymi w różnych miejscach obsługi turystów zauważam, że Finki są nie tylko ładne, ale również miłe w bardzo specyficzny sposób: z jednej strony otwarty i przyjacielski, a z drugiej dość delikatnie, ze szczególnym urokiem zachęcający do korzystania z atrakcji miejsca, które reprezentują. Nie wnikam, czy takie zachowania są wrodzone, czy też wyćwiczone w ramach szkoleń marketingowo-piarowych, lecz wydają się być bardzo naturalne i są niewątpliwie bardzo przyjemne w odbiorze.



Pogodny wieczór i ciepła, jasna noc na kempingu tuż przy brzegu Bałtyku byłyby uznane za idealne, gdyby nie fakt, że około trzeciej budzi mnie straszny wrzask stada mew kłócących się o coś tuż obok mojego namiotu. Jakieś 10 minut próbuję je ignorować, lecz gdy już nie mogę wytrzymać wyglądam, by sprawdzić, co się tam dzieje i to, co widzę wymusza na mnie zagęszczenie ruchów i szybkie opuszczenie śpiwora. Prawie połowa kempingu zawalona jest śmieciami i, niestety, są to moje śmieci, które po kolacji, zamiast od razu wyrzucić do śmietnika, skrzętnie zapakowałem we foliowy worek i zostawiłem przy kole motocykla. Worek nie był jednak żadną przeszkodą dla mew czujących resztki pożywienia. Jako, że w Finlandii gorzej niż osoby śmiecące postrzegani są tylko ci, którzy dopuszczają się kazirodztwa lub gwałtu zbiorowego, to kolejne pół godziny poświęcam uprzątaniu własnych odpadów znajdujących miejsce dosłownie „wszędzie”.

Od rana za to zwarty, gotowy i niemalże wypoczęty planuję zwiedzanie „czego się da” wraz z przejazdem na wschód kraju w pięknej upalnej pogodzie. Najpierw obiecana w przewodniku „architektura drewniana” Raumy. Niestety koneserem architektury nie jestem, a szkoda, bo to co widzę może i jest ciekawe, lecz mnie na kolana mnie nie powala. Co dalej proponuje przewodnik? Tampere – miasto bardzo przemysłowe, lecz „warte odwiedzenia ze względu na interesującą kaskadę wodną o nazwie Tammerkoski zasilającą jedną z ważniejszych siłowni”. Wprawdzie deklarowana różnica poziomów nie zapowiada, że zobaczę drugą Tamę Hoovera lub chociaż widoki jak na zaporze na Jeziorze Solińskim, lecz skoro aż przewodnik o tym pisze, to pewnie warto to zobaczyć. Jadę do Tampere i po niedługim czasie trafiam na kaskadę. Patrzę na nią i upewniam się przypadkowego przechodnia, czy to aby na pewno Ta kaskada. Niestety to jest właśnie Ta kaskada. Patrzę jeszcze raz i nawet nie chce mi się aparatu wyciągać. Oj, przewodnik, grabisz sobie: dzięki Tobie pojeździłem po mieście w Finlandii, jakbym nie mógł w Poznaniu wokół komina się pokręcić. Szperam w przewodniku, co my mamy dalej? W Imatrze codziennie o 19:00 odbywają się pokazy „rapids shows” – upuszczania wody z tamy przy akompaniamencie muzyki. Po kontroli czasu i konsultacji z GPS-em stwierdzam, że stosując się do ograniczeń prędkości na styk powinienem zdążyć. Nie jestem w błędzie, bo wyczyn się udaje. Do Imatry wjeżdżam o 18:50. Znalezienie miejsca pokazu nie nastręcza trudności, lecz jest na nim dziwnie pusto i cicho. Znajduję informację turystyczną i pytam o szczegóły. Okazuje się, że pokaz jest i rzeczywiście się odbywa co dzień latem, lecz o 18:00. Ponownie patrzę na przewodnik…



Tak, przewodnik tę noc przetrwał jedynie dlatego, że był ze śliskiego papieru. Ja natomiast, gdy po powrocie będę oglądał w Internecie amatorskie nagrania z pokazów w Imatrze, będę żałował, że nie zobaczyłem ich na żywo. Tymczasem jednak następnego ranka przewodnik pakuję na dno tankbaga i udaję się na zwiedzanie kolejnych atrakcji południowo-wschodniej Finlandii, o których przed wyjazdem poczytałem w Internecie robiąc stosowne notatki. Na początek zamek Olavinlinna w Savolinnie, który jest podobno najlepiej zachowanym zamkiem w Skandynawii. Budowla usytuowana na wyspie połączonej z lądem ruchomym mostem, „odpływającym” na czas przepływu statków, może się podobać. Oczywiście nie należy się spodziewać niczego na kształt Malborka, Wawelu czy choćby Książa, ale miłośnikom zamków na pewno przypadnie do gustu. Wycieczki płatne 8 euro od osoby są oprowadzane przez przewodników dobrze znających historię zamku i umiejących ją ciekawie przedstawić w kilku językach. Kolejnym punktem jest drewniany kościół w Kerimaki. Można pomyśleć, że kościół, jak kościół, ale mnie, antyklerykała i ateistę, wprawia w zachwyt: rozmiarami prześciga niejeden murowany budynek, a wewnątrz jest niezwykle przestronny. Zgadza się, że jako nominalnie największy na świecie drewniany kościół może zrobić wrażenie na każdym, kto potrafi docenić kunszt inżynierów i rzemieślników go stawiających. Kolejne oglądane w dalszej części dnia kościółki i cerkwie w innych miejscowościach nie robią już takiego wrażenia. Za to robi je spotkana przeze mnie dwukrotnie w przy dwóch różnych świątyniach para emerytów z Polski, którzy swoim wozem kempingowym wyruszyli z Krakowa w marcu na objazd dużej części Rosji, krajów nadbałtyckich i Skandynawii. Do tej pory idzie im nieźle, a powrót do kraju planują na wrzesień. Też chciałbym tak emeryturę spędzać, choć może jednak zmieniłbym nieco środek lokomocji na jednośladowy.



Wieczorem zajeżdżam na kemping w rejonie Ruunaa, gdyż wcześniej dowiedziałem się, że tam organizowany jest rafting, a skoro jest rafting na mojej drodze, to odpuścić nie mogę. Kemping znajduje się w lesie i jest dobrze wyposażony. Jak każdy w Skandynawii oferuje dostęp do kuchni i ciepłych pryszniców w cenie. Okazuje się, że jestem na nim jedynym „namiociarzem”. Wszyscy inni albo mieszkają w domkach, albo ustawili swoje przyczepy bądź kampery. Dużą część wieczoru spędzam na pomoście nad pięknym jeziorem. Zachwyca mnie niczym niemącony spokój tego miejsca. Patrzę na gładką taflę jeziora nad którą buszuje ogromna liczba owadów, a z wody co pewien czas wyskakują polujące na nie ryby. Widzę otaczającą jezioro ścianę lasu i rzadko wystające z wody zielone pędy. Widok ten, choć geograficznie odległy od miejsc akcji, kojarzy mi się ze zdarzeniami opisywanymi w książkach Curwooda lub Londona, których akcja toczy się w nieprzebytych lasach otaczających właśnie takie jeziora. Pomimo urody miejsca odczuwane zmęczenie po pewnym czasie zmusza mnie do powrotu w rejon biwaku, a powrót ten nie ma już w sobie nic z romantyzmu, gdyż jest to ciągła walka z insektami. Szybko wchodzę do namiotu, gdzie spędzam noc.



Kolejnego dnia od rana atak owadów nie ustaje. Uderzają wszystkimi siłami z każdej możliwej strony. Doliczam się przynajmniej ośmiu gatunków różnych much, w tym kąsających meszek, i dwóch gatunków komarów, ale przekonany jestem, że w tym roju było ich znacznie więcej. Wyciągam swoją tajną broń. Nie są to żadne „naturalne” olejki ani wywary z ziółek dostępne w aptece. Jest to porządny prawie trzydziestoprocentowy N,N-Dietylo-m-toluamid zakupiony w jakiejś drogerii (tak, to jest znany specyfik USArmy - stosowany w tropikach deet). Pryskam nim wszystkie wystające spod odzieży części ciała i, niepomny na zapiski na ulotce, robię sobie z niego dosłownie prysznic na głowę i twarz. Pomaga o tyle, że komary rzeczywiście przestają mnie kąsać, za to muchy zamiast siadać na mnie z impetem uderzają w twarz i się odbijają. Tego ranka trzy razy wyciągam muchę z oka.

Podczas całego wyjazdu przekonuję się, że turyści odwiedzający Finlandię dzielą się na dwie grupy: tych, którzy narzekają na ukąszenia niezliczonej liczby komarów i meszek, oraz tych, którzy uważają to za mit, bo podróżując nigdy się z tym nie zetknęli. Jakimś dziwnym trafem do pierwszej grupy należą osoby podróżujące z namiotami i rozstawiające je „byle gdzie” oraz pewien odsetek posiadaczy przyczep kempingowych, a do drugiej ci, którzy jeżdżą nocując w wynajmowanych pokojach i reszta „karawaniarzy”. Ja niestety zaliczam się do tej pierwszej grupy.



Ranek powoli zaczyna się kończyć i nieuchronnie zbliża się godzina 11:00, kiedy to zacząć ma się rafting. Zmierzam więc na ustalone miejsce zbiórki, w którym wita mnie szeroko uśmiechnięty i bardzo serdeczny facet bez górnej dwójki. Jak się później okaże, będzie on sternikiem mojego pontonu, czy, jak się to tutaj nazywa, kapitanem. W busie zapewniającym transport do miejsca startu zaznajamiam się z grupą Finów w średnim wieku. Wydają się być zapalonymi turystami, którzy nie boją się wyzwań. W końcu dojeżdżamy na miejsce startu. Wprawdzie z racji braku gór w Finlandii i tak bardziej nastawiałem się na podziwianie widoków z wody podczas spływu niż na wrażenia sportowe, ale to, co widzę przerasta moje wyobrażenia: pontony zaopatrzone są w silniki. Patrzę jeszcze raz – nie jest źle, są też wiosła. Kapitan tłumaczy, że w trakcie całej drogi będziemy przepływali przez cztery jeziora, dlatego potrzebne są te silniki, natomiast cała zabawa w „white water” to będą kaskady pomiędzy jeziorami. Po krótkim instruktarzu wrzucamy pontony do wody i zajmujemy swoje miejsca. Ja siadam na samym przodzie. Pomimo, że jest to miejsce najbardziej „mokre”, to zawsze je wybieram. Tuż za mną siadają wesołe Finki. W pontonie płynie jeszcze Japonka, jakiś Niemiec i dwóch finów. Zaczynamy. Finki biorą wiosła w dłonie i trzeba przyznać, że naprawdę dobrze sobie z nimi radzą. Rzeczywiście kaskady nie są przygodą dla ambitnych, ale za to widoki są piękne. Prawie puste jeziora, bez śladów śmieci, otoczone lasami. Brak jest żaglówek z na wpół pijaną, krzykliwą załogą, a pomosty zdarzają się bardzo rzadko. Widoki są bardzo podobne do tego, który zafundowałem sobie poprzedniego wieczoru, lecz tym razem zmieniają się dynamicznie. Co pewien czas mijamy małą łódkę z wędkarzami, na jednej z kaskad ćwiczą kajakarze. W połowie drogi lądujemy w bazie, gdzie czeka nas pyszny posiłek na który składają się tradycyjne, fińskie przysmaki, kiełbasy z ogniska oraz, oprócz zwykłych napojów, ważone domowym sposobem, bezalkoholowe ciemne piwo fińskie.



Po posiłku kontynuujemy spływ. Finki wciąż siedzą za mną i tak teraz, jak i poprzednio, dzielnie tłumaczą mi na angielski wydawane po fińsku komendy kapitana, który lekko dworuje sobie z moich nieporadnych prób zrozumienia jego języka. Na trasie widzimy ciekawe rozwiązanie na szlaku turystycznym przecinającym jedno z jezior. Mianowicie po dwóch stronach jeziora zostawione są drewniane łodzie wiosłowe. Turyści dochodzący z jednej strony szlaku korzystają z nich, by przeprawić się przez jezioro na drugą stronę. Ponieważ rzadko kiedy zdarza się, by turyści dochodzili z dwóch stron jednocześnie, a łodzie potrzebne są z każdej strony, dlatego przeprawa przez jezioro wymaga zazwyczaj trzykrotnego jego przepłynięcia. Kapitan zapewnia, że ten system, pomimo oczywistych niedogodności, działa – turyści są zdyscyplinowani i zawsze łodzie są rozstawione tak, jak trzeba. W pewnym momencie Kapitan stwierdza, że do przepłynięcia została nam już tylko połowa jeziora i kto chce może płynąć wpław. Jako, że i tak byłem cały mokry, to nie czekałem na dalsze zaproszenie. Tuż za mną, w akompaniamencie śmiechu kapitana na skok w zimną wodę decydują się jeszcze dwie dzielne Finki. Razem płyniemy do brzegu, gdzie nawzajem pomagamy sobie wygramolić się po śliskich kamieniach.



Spływ, pomimo braku wyzwań typowo „raftingowych” udał się. Wracam na kemping. Biorę szybki prysznic i jeszcze tego samego dnia udaję się na północ. Niestety tuż przed zwinięciem biwaku rozpoczyna się deszcz. Największą ulewę przeczekuję w namiocie, a później, po raz pierwszy tego wyjazdu, zwijam mokry tropik. Jak się później okazuje, nie był to ostatni raz. Po deszczu robi się zimno – temperatura spada znacznie, a na dodatek po raftingu i kąpieli w zimnej wodzie trudno mi się rozgrzać. Zakładam podpinkę i jadę. Im dalej jadę na północ tym robi się zimniej. Myślę, że pewnie tak już będzie aż do Nordkappu, w końcu to północ. Na szczęście po godzinie jazdy deszcz ustaje zupełnie. Na noc staję w zachwycającym miejscu – tuż przy drodze, nieopodal grobli pomiędzy jeziorami, z pięknym półwyspem z którego oglądam następujący tutaj tuż przed północą powolny zachód słońca.



Kolejny ranek nie przynosi niespodzianek - jest bardzo zimno. Jem, pakuję się i jadę dalej na północ. Utrwalam się w przekonaniu, że cieplej już nie będzie. Wybieram trasę na Park Narodowy Okulaka. Po drodze pierwszy raz widzę pary reniferów. Czyli jednak są tutaj! Od tej chwili przez następnych kilka dni będą widywane bardzo często. Zaskakuje fakt, że z czasem podążając im dalej na północ tym cieplej się robi. Zaczynam się rozbierać. Jadę, aż w końcu zanika asfalt i główna droga zamienia się w gruntówkę. Trzystukilogramowe bydle jedzie sprawnie po ubitej ziemi, jednak co pewien czas kupka kamieni powodująca uskok koła każe wzmóc uwagę. Nie jest źle, bo to urozmaicenie w stosunku do jazdy w kontemplacji. Po setkach kilometrów odpoczynku obie ręce wędrują na kierownicy a nogi na podnóżkach. Na drodze jest ograniczenie prędkości do 80km/h, ale samochody jadą znacznie wolniej. Pozwalam sobie odkręcić, w końcu coś się bydlakowi od życia należy, więc niech pośmiga zostawiając puszki w chmurze pyłu. Park Narodowy Okulaka, jak dobrze mu się przyjrzeć z niektórych miejsc, jest rzeczywiście ładny, ale by w pełni doznać jego uroków trzeba by zsiąść z motocykla i przynajmniej jeden dzień po nim pochodzić. Oglądam szybko to, co można, a niestety z drogi nie da się zobaczyć wiele, i obieram trasę na zachód w stronę Wioski świętego Mikołaja. Temperatura nadal podnosi się i osiąga 25 stopni. Mniej więcej w połowie drogi nastaje zmęczenie. Staję w kolejnym miłym miejscu nad jeziorem, tym razem jednak na tanim kempingu. 7 euro za dostęp do gorącego prysznica i kuchni to jednak nie jest dużo.



Następnego dnia wstaję w miarę wypoczęty i gnam, by zobaczyć wioskę. Miłe finki namawiają do odwiedzania zagrody reniferów, lecz dyskutuję z nimi bardziej z egoistycznej chęci zaspokojenia męskiego ego rozmową z ładnymi kobietami, niż z jakiegokolwiek innego powodu. Nie daję się namówić na zapłacenie 5 euro za oglądanie czterech zwierząt identycznych z tymi, których dziesiątki widziałem po drodze. Przekraczam krąg polarny i tuż za nim wchodzę do budynku stanowiącego siedzibę Świętego Mikołaja. Parter to sklep z upominkami. Oglądam, lecz jakoś nie mam zamiaru nic kupować. Wchodzę w końcu do komnat samego głównego rezydenta. Wkraczam tam bez przekonania, lecz za chwilę moje nastawienie się zmienia. Przekraczam granicę światów pogrążając się w magicznej tajemniczości. Kroczę po skrzypiącym lodzie, przechodzę obok olbrzymiego zegara i widzę setki marzeń dziecięcych zamkniętych pod postacią niezliczonej ilości listów. Idę dalej przy akompaniamencie miłej, nienachalnej muzyki okraszonej dźwiękiem dzwonków. W końcu ustawiam się w kolejce przed drzwiami w których elf z zarostem przypominającym skąpą brodę noszoną przez Amiszów, ubrany w zielony strój rozmawia o czymś z dziećmi wyglądającymi na przejęte rozmową. Po pewnym czasie dzieci wchodzą. Przede mną są jeszcze dwie dziewczyny mówiące po angielsku, jak się okazuje z RPA. Elf rozmawia z nimi najpierw na temat ich stolicy, a później o geografii ich kraju. Po pewnym czasie zaprasza na audiencję do Świętego. W końcu moja kolej. Elf, patrząc na mój strój trafnie zgaduje, że przyjechałem motocyklem. Pyta o markę i model. Odpowiadam nie oczekując zbyt wiele. Elf jednak ma jakieś nadprzyrodzone moce pozwalające mu na pozyskanie wszelkich informacji. Zachwyca się silnikiem i właściwościami jezdnymi podając dokładnie parametry techniczne bydlaka. To jest magiczne miejsce.



Chwilę jeszcze rozmawiamy o moich planach podróży, Elf daje mi rady, które później okazują się być o tyle słuszne, o ile oczywiste. W końcu jestem proszony na spotkanie z samym Świętym Mikołajem. Wchodzę do obszernego pokoju, w którym na ścianie wisi mapa świata, w kącie stoi globus. W wielkim fotelu siedzi olbrzymi jegomość z długą, siwą brodą, w czerwonej kamizelce i czapie oraz filcowych kapciach. To On. Podchodzę i witam się. Jest większy ode mnie, bardzo uprzejmy o, chociaż męskim, to łagodnym i niezwykle miłym głosie zdradzającym z jednej strony siłę, a z drugiej delikatność. Czuję się przy nim jak mały chłopiec. Rozmawiamy bardzo miło. Dowiaduję się, że też czasami używa namiotów w swoich podróżach oraz że ma taką samą małą kuchenkę jak ja. Gdy zdradzam, że celem mojej podróży jest Nordkapp oferuje pożyczenie własnych reniferów, gdyby mój motocykl zawiódł, bo jemu nie są latem potrzebne. Naprzeciwko nas rozmowie cały czas przysłuchuje się mały elf – nadworny fotograf Świętego Mikołaja, który na koniec rozmowy robi nam pamiątkowe zdjęcia. Żegnamy się niezwykle uprzejmie i wychodzę.

Przy wyjściu miła elfka oferuje zakup pamiątek z tego bardzo ciekawego spotkania: zdjęć i filmu. Cena nie jest mała, ale po krótkim zastanowieniu kupuję, oczywiście poznańska natura każe mi negocjować i dostaję kilka odbitek w gratisie. Tak, daję się złapać na marketing, ale jest to nie byle jaki marketing. Może i jest to wciskanie przez sprzedawców gadżetów, ale to wciskanie wysokiej klasy. To wciskanie przez klimat, świetną grę aktorską i tworzenie magii miejsca. Zdjęcie ze Świętym Mikołajem to nie zdjęcie z misiem na Krupówkach czy z piratem w Gdyni. To coś znacznie więcej – to pamiątka poczucia chwili bycia gwiazdą w doskonale wyreżyserowanym przedstawieniu. Zapewniam, że każdy dzieciak oddałby ostatniego lizaka i wszystkie porcje frytek, by móc doświadczyć takiego spotkania, a potem oddałby to raz jeszcze, żeby tam wrócić.
Chowam na razie do kufra swoje wspomnienie gwiazdorstwa, w postaci odbitek i kodu do strony Świętego, z której można ściągnąć zdjęcia i film ze sobą w roli głównej, po czym oddalam się na północ Moim celem jest „święte jezioro Lapończyków”, Inari. Po drodze robię jeszcze zdjęcie „kredensowi” z przyczepą, ponieważ do tej pory widziałem takie jedynie trzy w życiu. Później okazuje się, że niepotrzebnie zapycham pamięć na karcie, bo w tej części Skandynawii, oraz później w Norwegii zaczyna się aż roić od motocykli z przyczepami.



Jadę dalej, i bez patrzenia na termometr wiem, że coś jest nie tak z tą temperaturą. Staję i zdejmuję, co się da. Sprawdzam. Przyrząd pomiarowy wskazuje 29 stopni. Im dalej jadę na północ tym cieplej. W pewnym momencie na prawie pustej szosie zaczyna tworzyć się korek. Podjeżdżam bliżej i widzę, że na samym środku drogi, a raczej w poprzek niej leniwie lezie stado reniferów. Tak, jak i inne nie przejmują się ani samochodami, ani ludźmi, lecz te występują w ilości hurtowej i zajmują dokładnie całą szerokość asfaltu nie ograniczając się do pobocza. Robię kilka zdjęć i staję na kawę na, akurat w tym miejscu postawionym parkingu. Przyglądam się, jak para autochtonów przegania stado, a po skończonej przerwie jadę dalej. Niedaleko miasta Ivalo zauważam dość ciemne niebo nad horyzontem, ale jadę dalej. W ciągu 15 minut drogi i przebyciu około 20-25 km temperatura spada nagle o ponad 15 stopni. W Ivalo robię ostatnie zakupy, bo następnego dnia mam zamiar wjechać do Norwegii, a moje, zniechęcone opowieściami o tamtejszych cenach, poznańskie serce buntuje się przeciw kupowaniu tam czegokolwiek. Jadę dalej i wjeżdżam prosto w piękną burzę. W ostatniej chwili zakładam strój przeciwdeszczowy i zmierzam dalej. Ulewa, choć bardzo silna, to jednak krótkotrwała mija po kilkunastu minutach. Robię postój w mieście Inari, a później wyruszam na objazd samego jeziora. Rzeczywiście jest ono piękne i godne obejrzenia. Ogromne, z mnóstwem wysp, półwyspów i wystających z wody skał. Zachwycam się nim dość długo, lecz zaczynam się robić zmęczony. Postanawiam wrócić do wcześniej upatrzonego miejsca na nocleg przy jednym z parkingów na brzegu jeziora.



Docieram bez problemu i robiąc objazd miejscówki zastaję jeden postawiony namiot. Obok namiotu stoi wielka terenówka na rosyjskich rejestracjach. Widząc brata-Słowianina pytam, czy można postawić namiot obok niego. Zaprasza z uśmiechem. To była dobra decyzja. Brat-Słowianin okazuje się być Andriejem spod Moskwy, który, ze względu na chwilową bezrobotność, nie chcąc marnować czasu urządza sobie wycieczkę po Skandynawii. Andriej, jak się dowiaduję, amatorsko zajmuje się przewodnictwem i pilotowaniem wycieczek, po chwili wyciąga laptopa i zdjęciami ilustruje swoje opowieści z wypraw po Kamczatce, Czukotce, Ałtaju i półwyspie Kolskim. Pokazuje też kilka zdjęć z wyjazdów na inne kontynenty. Ale nie tylko tym Andriej zaskakuje. Powiem, że nie bezinteresownie koło niego stanąłem, bo Rosjanie z gościnności słyną i mocniejszy trunek po dość długim okresie abstynencji mi się skojarzył. Ale Andriej w tym punkcie sprawia niespodziankę, bo nie wyciąga wódki. Zamiast tego ze słowami „Za vstrechi” wyciąga całkiem pokaźną butelkę whisky. Ponieważ temperatura wysoka nie jest, dlatego postanawiamy rozgrzać się pracą. Pracujemy więc nad tą butelką opowiadając sobie wzajemnie historie z naszych wypraw konsumując kolację, i tuż po niej aż do momentu, gdy ma już nad czym pracować, w związku z czym ja udaję się na spoczynek, a mój kompan wyciąga wędkę i idzie łowić ryby.

Następnego dnia, w sobotę 12 lipca, wstaję wcześnie. Szybkie śniadanie w roju much i komarów jakby jednak mniejszym niż poprzedniego wieczora, powiedzenie „do svidaniya” Andriejowi i ostatni rzut oka na jezioro to właściwie moje pożegnanie z Finlandią. W GPS-ie wbijam jako cel Nordkapp. Zostaje jeszcze do pokonania długa nitka asfaltu i zupełnie niepostrzeżenie wjeżdżam do Norwegii. Już od rana temperatura wydaje się być bardzo niska. Cóż, po wczorajszej burzy z deszczem i przejściu frontu atmosferycznego mogło się ochłodzić. Ale żeby aż tak? W trasie zakładam jedną warstwę po drugiej. Po raz pierwszy tego wyjazdu wpinam podpinkę w spodnie. Patrzę na termometr, który wskazuje 18 stopni. Dziwię się, że przy tej temperaturze jest mi aż tak zimno. Najwyraźniej „północne” 18 stopni jest znacznie niższe niż „polskie” 18 stopni. Zakładam wszystko, co tylko mogę i jadę dalej. Zastanawiam się nad swoimi odczuciami temperatury. Żebym chociaż miał kaca, ale jak sobie przypomnę, to nie mam po czym mieć, bo przecież dzień wcześniej nic nie piłem. No bo cóż to jest jedna butelka whisky na dwóch, gdzie jeden to Rosjanin a drugi Polak? Przecież to jest nic.



Im dalej jadę w stronę Nordkapp, tym krajobraz coraz bardziej się zmienia: pagóry ustępują miejsca górom, lasy zanikają pozostając jedynie pod postacią karłowatych drzew. I uwaga! Na trasie pojawiają się zakręty. Nie łuczki, nie „znoski”, nie „niewiadomoco”, ale prawdziwe zakręty. Wprawdzie nie takie, na których można zamknąć oponę, ale mimo wszystko przejeżdżane fragmenty należy nazwać już zakrętem. Wciąż jest mi coraz to zimniej. Już się zastanawiam, co to była za whisky i zaczynam podejrzewać Andrieja o jej „poprawianie”, gdy zauważam grupę rowerzystów. Jadą ubrani tak, jak rowerzyści w Poznaniu jeżdżą zimą. Patrzę jeszcze raz na termometr – wskazuje tym razem 17 stopni. Zaczynam się przyglądać innym uczestnikom ruchu i odkrywam, że wszyscy są ubrani jakby „za ciepło”, jak na pokazywaną przez przyrządy pomiarowe temperaturę. Czyli jednak miałem rację „północne” 18 stopni to znacznie mniej niż „polskie” 18 stopni. W końcu wydaje się, że odkrywam tajemnicę – nominalnie niby temperatura wysoka, lecz cały czas towarzyszy mi bardzo rześki wiatr znad Morza Norweskiego. Chyba on powoduje uczucie zimna. Do wspomnianego morza, a raczej nad jego brzeg w końcu docieram. Na pierwszy rzut oka krajobraz kojarzy mi się z tym, który widywałem nad morzem śródziemnym: we Włoszech lub na Korsyce, a mianowicie wysokie klify, piękne, czyste morze i jasno oświetlone słońcem gaje oliwne. Jedynie temperatura niższa, lecz zaczynam się najzwyczajniej przyzwyczajać do tego, że jest mi zimno i skupiam się na podziwianiu widoków. Są piękne, więc podziwiając je jadę spokojnie dalej i… zaraz, zaraz, że co? Gaje oliwne tutaj? Wprawdzie północ zaskakuje, ale chyba nie aż tak? Zwalniam i przyglądam się jeszcze raz roślinności. Są to po prostu karłowate drzewka dostosowane do tych warunków rosnące na jakiś ogrodzonych terenach, ale rozsiane z wystarczającą regularnością, by pomylić je z regularną uprawą. W każdym razie krajobraz może zwodzić. Możliwe również że te drzewka są w jakiś sposób wykorzystywane, ale ja nie widzę na nich żadnych owoców czy kwiatów. Później, gdy zauważam bzy, które tutaj kwitną w lipcu i są sadzone przy niektórych domkach, zastanawiam się, czy mijane drzewka nie są jednak wykorzystywane, lecz na ich owoce jeszcze za wcześnie?
Jadę dalej i przejeżdżam przez kilka tuneli, w tym ten najsłynniejszy prowadzący na sam Nordkapp. W tunelach jest już bardzo trudno skupić się na widokach i zapomnieć o zimnie. Problemu widoków z przyczyn oczywistych nie opisuję, ale co do zimna to… tam jest jeszcze zimniej. Zaryzykuję, że temperatura odczuwalna spada o kilkanaście stopni. Za każdym razem z utęsknieniem szukam „światełka na końcu tunelu”, które w tym przypadku nie jest przysłowiowe i rzeczywiście przynosi znaczącą poprawę w stronę komfortu termicznego.



Zmarznięty dojeżdżam w końcu na północny kraniec Europy. Wiem o tym, że jego „skrajność na północy” jest co najmniej dyskusyjna, lecz i tak obiecuję sobie, że nadszedł czas podczas tej wyprawy by poczuć się jak bogaty i wypić gorącą kawę w kawiarni na Nordkappie. Ale zanim jestem w stanie poczuć cokolwiek oprócz zimna i zmęczenia zmuszony jestem odstać swoje w kolejce do kasy przed wjazdem. Płacę 22 euro za sam wjazd. Mógłbym wykazać się sprytem i przyoszczędzić te pieniądze na dwa sposoby: albo objeżdżając bramki bardzo szerokim łukiem zupełnie poza jakimikolwiek drogami, albo zostawiając motocykl przed bramką i urządzając sobie spacer nieco mniej szerokim łukiem poza drogą. Oba sposoby są wypróbowane i nie raz opisywane na forach, a poza tym z nieformalnych doniesień, jakie wyczytałem w Internecie podobno nie grożą za nie żadne sankcje. Jednak rezygnuję z nich. Z pierwszego ze względu na zdecydowanie „nieoffroadową” charakterystykę mojego trzystukilogramowego bydlaka, a od drugiego odstręcza mnie zmęczenie w połączeniu z niechęcią zostawiania motocykla otroczonego dużą ilością miękkiego bagażu bez nadzoru przy ruchliwej, jakby nie było, trasie.



Bez problemu znajduję miejsce na zbytnio nie zatłoczonym parkingu, a pierwsze kroki kieruję dokładnie tak, jak sobie obiecałem, w stronę kawiarni i zamawiam kawę. Rzeczywiście, płacąc za nią w przeliczeniu 18 złotych muszę czuć się jak bogaty. W końcu rozgrzewam się trochę. Po kawie oglądam najpierw wystawy w podziemiach budynku, a później idę zrobić sobie zdjęcie pod globusem, tak samo oklepane tu, jak zdjęcie z Wieżą Eiffla w Paryżu, czy z piramidą w Egipcie. Ale skoro „każdy” takie ma, to nie chcę być od tego „każdego” gorszy. Przy okazji oglądam widoki. Ogromne klify zwieńczone piękną, żywą zielenią o kilku odcieniach spadają stromymi skałami niknącymi pod wodą. Fale roztrzaskujące się gdzieś na dole pokazują ukrytą siłę i piękno morza, które w tym miejscu wydaje się bezkresne i surowe. Kurczę, ładnie tu jest. Oglądam jeszcze trochę widoków, kolejne. Wszystkie podobne, a jednak inne i każdy urzekający. Ponad tydzień jazdy, by pobyć niecałe dwie godziny na Nordkappie, ale cóż, dojechałem i przyznaję, że warto było.



Czas kończyć pobyt i rozpocząć powrót. Znowu przejeżdżam przez mroźne tunele, tankuję na stacji, gdzie ucinam miłą pogawędkę z pracującą tam od 10 lat sympatyczną Beatą spod Szczecina od której dowiaduję się, że dwa dni przed moim przybyciem panował w tym miejscu upał. Siadam na bydlaku, obieram kierunek na Lofoty i postanawiam przejechać tego dnia jak najdalej na południe, a raczej południowy zachód. Tam musi być cieplej. Podczas drogi widoki cały czas są malownicze. Zastanawiam się, czy uda mi się tego dnia zobaczyć jeszcze jakiś większy fiord? Zastanawiam się niezbyt długo, bo wkrótce zaczynam odczuwać znużenie i rozglądam się za miejscem na nocleg. W końcu widzę gruntówkę odbijającą w bok w stronę rzeki i jadę nią. Po niedługim czasie gruntówka kończy się położonymi w poprzek kamieniami i jakąś starą tablicą z czterowierszowym napisem, z którego jedyne zrozumiałe dla mnie słowo to „camping”. Rozglądam się. Miejsce jest bardzo miłe – do rzeki niecałe 50 metrów, widok na ośnieżone, ogromne pagóry, a raczej nominalnie już góry, z obu stron. Jest pięknie i zaczyna się robić jakby cieplej przed nocą. Szybko rozbijam obóz i jem, po czym, po raz pierwszy tego dnia rozgrzany, ochoczo mknę w stronę rzeki na wieczorną toaletę. Temperatura wody spływającej z topiących się wyżej w górach zwał lodu nie zachęca, by się w niej chociażby opłukać, ale czego nie robi się dla odrobiny świeżości. Oj robi się… aż za dużo, bo wracając w stronę biwaku już czuję, że przesadziłem z kąpielą. Gorąca herbata na tę chwilę pomaga. Patrzę na zegarek – dochodzi północ, a na pobliskich szczytach biały śnieg skrzy się w promieniach słońca. Niby nic, niby tutaj normalne, a jednak robi wrażenie.
Wchodzę do namiotu w którym zastaję dwie komarnice. Teraz dopiero zaczynam dostrzegać, że w miejscu, w którym się rozbiłem tych stosunkowo dużych muchówek jest całkiem sporo. Latają jednak jakoś niemrawo, jakby nie wiedziały same dokąd i po co i szukały wciąż schronienia. To pewnie przez tę temperaturę. Wyrzucam z namiotu te znalezione i pakuję się w śpiwór. Budzę się z zimna po trzech godzinach. Słońce przestało świecić przez chmury, które naszły nie wiadomo skąd, czuję, że ochłodziło się znacznie i zaczął wiać wiatr. Skupiam się na swoim samopoczuciu i już wiem, że rano chyba nie będzie ze mną dobrze… Za dużo wieczornej świeżości jednak szkodzi. Nakładam drugi śpiwór i zasypiam.



Rano orientuję się, że niestety nocne przeczucia mnie nie zwodziły. Wyłażę z namiotu mijając stadko niemrawych komarnic, które znalazło schronienie pod tropikiem. Wyglądają tak, że jest mi ich aż szkoda, lecz mimo to zwijając namiot brutalnie je wyganiam. Tego ranka udaje mi się wyruszyć w dalszą trasę jedynie dzięki pomocy jednego z popularnych środków na bazie paracetamolu i pseudoefedryny w podwójnej dawce. Opłaca się pomęczyć nimi wątrobę, bo już po niedługim czasie zaczyna znowu być ciepło, a wręcz upalnie i słonecznie. Do tego widoki zachwycają, bo w końcu widzę pierwszy duży fiord północny. Jadę więc tak dalej przez dwa naprawdę malownicze fiordy i mam szczęście, że nie jedzie za mną jakiś nawiedzony maniak z kamerą, bo za samo stawanie w niedozwolonych miejscach w celu zrobienia zdjęć straciłbym po kilkakroć prawo jazdy. Staję oczywiście również w tych miejscach, w których jest to dozwolone i na jednym z nich przygotowuję sobie „posiłek z pięknym widokiem”. Ten przejazd pozostawia naprawdę miłe wrażenia. Morze spotykające się z górami uwieńczonymi szczytami, na których wciąż leży śnieg będący źródłem niezliczonej ilości potoków przecinających soczystą zieleń i tworzących efektowne wodospady spadające wprost do morza. Można by parafrazować poetę twierdząc „zobaczyć fiordy północne i umrzeć”, lecz mnie, pomimo porannej niemocy, nie spieszy się by zrobić przysługę dla ludzkości i opuścić ten świat. Co więcej, po posiłku zaczynam się czuć jeszcze lepiej, i ruszam w dalszą drogę. Pod wieczór fiordy są już tylko wspomnieniem, a ja wjeżdżam na Lofoty. Sceneria wjazdu jest dość interesująca: z lądu na pierwszą z wysp prowadzi bardzo ciekawy most, pogoda jest piękna i na całym niebie nie ma ani jednej chmurki, poza jednym miejscem. Mianowicie nad samym mostem zalega duża szara chmura opadająca tak nisko, że zahacza o wieże mostu. Droga do Mordoru?



Czuję już zmęczenie, więc jadąc dalej rozglądam się za miejscem na namiot. Niestety pech chce, że tej części wszędzie, gdzie stok stromo nie opada ku morzu postawione są jakieś zabudowania lub ogrodzenie. Jadę więc jeszcze dobrych kilkadziesiąt kilometrów, gdy w końcu przypadkiem znajduję idealną lokalizację: pagór o płaskim, szerokim szczycie tuż u podnóży gór oddalony około 200m. od drogi idącej dnem długiej doliny. W dodatku na pagór prowadzi gruntówka. Brak jedynie jakiejś rzeczki w pobliżu, ale nie zastanawiam się pamiętając o pięciu litrach wody wiezionych na taką okazję w kanistrze. Wieczór jest cudowny: ciepły, spokojny i w końcu, chyba pierwszy raz od początku mojej przygody ze Skandynawią, totalnie bez komarów. Znowu siedzę do późna, po trosze zgłębiając własne, niedokończone myśli, po trosze ponownie jak poprzedniej nocy kontemplując lipcowy śnieg na szczytach gór rozświetlany przez całą noc północnym słońcem. Moment, w którym zza góry wyłania się chmura dająca rozległy cień uznaję za znak, by pójść spać.




Kolejny poranek, w poniedziałek 14 lipca, nie zapowiada szczególnie pięknego dnia. Chmury zasłaniające szczyty gór i nie dopuszczające promieni słonecznych zdają się z początku wróżyć deszcz. Na szczęście okazuje się, że chcą jedynie napędzić stracha, bo szybko znikają, a ja tuż po śniadaniu wyruszam w dalszą podróż po rozgrzewanym promieniami słonecznymi asfalcie. Jadę kilka kilometrów i przejeżdżając po grobli widzę cudowny widok. Jednak stawanie na środku grobli na której dwa samochody z trudem się mijają nie uznaję za dobry pomysł. Widzę za to ciekawy punkt widokowy na prawo od szosy tuż za groblą. Dodaję gazu i gdy tylko kończą się prawe barierki skręcam w gruntówkę. Niestety zauważony punkt widokowy to jakiś teren prywatny, bo gruntówka kończy się płotem po pięciu metrach. Nic to, wykręcam bez zatrzymywania się i chcę szybko wskoczyć na szosę. Jednak sytuacja na drodze, jak wiadomo, zmienia się tak szybko jak zachcianki kobiety w ciąży i muszę ustąpić pierwszeństwa samochodowi, który właśnie przejeżdża. Wjeżdżam na wąski pasek żwiru oddzielający asfalt od rowu, wystawiam prawą nogę i opieram o kępkę trawy na samym skraju żwirowego paska … Cholera… jaką kępkę… To, co wydawało się być zwartą kulką darni okazuje się prawie dwudziestocentymetrowymi źdźbłami. Niestety noga jest za krótka. Motocykl chyli się na prawo prosto w stronę rowu, a przejeżdżające auto skutecznie uniemożliwia jakikolwiek manewr gazem i ucieczkę na asfalt. Nie zastanawiam się długo: chroniąc nogę przed przygnieceniem przez bydlaka zeskakuję. Ląduję na kamieniach przerośniętych różnego rodzaju chwastami i ziółkami słysząc za sobą uderzenie i chrzęst łamanego plastiku. Ochraniacze na kolanach i rękawice skutecznie odbierają energię uderzenia, więc bez namyślania się wstaję i odwracam. Bydlę leży w rowie z kołami znacznie powyżej środka ciężkości. Podchodzę i chcę na szybko oszacować straty, lecz roślinność uniemożliwia to, a priorytetem jest, by postawić motocykl z powrotem na koła. Próbuję raz, nie udaje się. Odpinam torbę, tankbag i dwa kufry pozostawiając tylko prawy, przygnieciony ciężarem motocykla, po czym ponawiam próbę niestety z efektem podobnym do pierwszego. Nie raz wcześniej podnosiłem już samodzielnie motocykle, nawet zbliżone masą do obecnego i z kompletem bagażu, ale tamte leżały na płaskim asfalcie. Podniesienie bydlaka z rowu nie udaje mi się. Na szczęście przejeżdża kamper na fińskich rejestracjach. Macham – staje. Wspólnie z parą finów, tym razem z sukcesem, przywracamy motocykl do bardziej odpowiedniej dla niego pozycji. Podczas procesu stawiania cały czas zastanawiam się, jakie są straty w sprzęcie. Oczyma wyobraźni widzę totalną masakrę, ale podążając za starą maksymą „oczekuj najlepszego, przygotuj się na najgorsze” pocieszam się posiadaniem powiększonego pakietu Assistance. Szkoda mi tylko zniżek AC, bo zdążyłem dorobić się maksymalnych.



Jednak stojący motocykl nie wygląda aż tak źle. Oceniam straty tym razem realnie: pęknięte lusterko, porysowana kapa silnika i złamany zaczep kufra a poza tym… nic. Nawet porysowania na gmolu czy rysy na lakierze nie ma. Szkoda mi trochę kufra lecz przymocowuję go szarą taśma naprawczą. Od tego dnia do końca podróży kufer dowiązywany będzie podczas trasy taśmami i sznurkami od namiotu. Jadąc później dalej w sumie cieszę się z ułamania zaczepu, bo z jednej strony odebrał przez to dużą cześć ogromnego impetu chroniąc sam motocykl, gdy na zasadzie wahadła bydlak przywalił w stok, z drugiej strony ochronił tłumik, na którym nie odnotowałem ani jednej rysy. Teraz jednak poskładałem wszystko co trzeba do kupy, wsiadam na motocykl i jadę. Przypominam sobie o śmieciach wiezionych po nocy w jednym z kufrów i zajeżdżam na pierwszy parking w celu umieszczenia ich w pojemniku na odpady. Zastaję tam małżeństwo jadące dużym kombi na rejestracji spod Olsztyna. Po krótkiej wymianie grzeczności miła, jak się okazuje, para zaprasza mnie na kawę. Nie odmawiam, bo wprawdzie niedawna przygoda lekko mi ciśnienie podniosła, lecz emocje już dawno opadły razem z ciśnieniem i łyk kofeiny się przyda.



Małżeństwo opowiada o swojej przygodzie z Norwegią, która zaczęła się osiem lat wcześniej. Kraj ten wówczas tak ich zachwycił, że od tamtego czasu co roku spędzają w nim swoje wakacje objeżdżając go, podobnie jak ja, budżetowo z własnym prowiantem i śpiąc gdzie popadnie. W pewnym momencie zapada lekka pauza – jedna z tych, które podczas rozmowy nowo poznanych osób pozwalają na zebranie myśli w celu dalszego prowadzenia konwersacji, lecz gdy trwają zbyt długo to stają się niezręczne. Przerywa ją kobieta spoglądając na mnie z błyskiem w oku wyrażającym entuzjazm z powodu przeżytych wrażeń i oznajmia: „Zaliczyliśmy siedemnastkę”. Patrzę na jej rozpromienioną twarz, patrzę na mężczyznę, który podobnym błyskiem w oku oraz mimiką, również zdradza podniecenie wywołane wspomnieniem niezapomnianego przeżycia. Moja wyobraźnia faceta, który od ponad półtorej tygodnia spędza samotne noce w namiocie bez kontaktu z żywą kobietą podpowiada mi bardzo wiele. Mężczyzna podsyca ją jeszcze znaczącym uśmiechem i słowami: „No, dwa dni nam to zajęło”. Tego jest za dużo. Biorę potężny łyk kawy, by zamaskować przełknięcie śliny a temperaturą napoju wytłumaczyć wytrzeszcz oczu. Uspokajam gestem rozmówców zaniepokojonych moim stanem i kłamię, że wcale się nie poparzyłem. Małżeństwo kontynuuje prawie chórem: „No, pan też musi tam pojechać. Niech pan pamięta: trasa numer siedemnaście”. Oczywiście. Trasa. Bo przecież o niczym innym nie myśli samotny motocyklista w swoim namiocie, jak o kolejnej, emocjonującej trasie.



Żegnam się z parą i udaję dalej w celu odwiedzenia miejscowości o najkrótszej możliwej do zapisania nazwie na świecie – A, a następnie przepłynięcia promem na kontynent do Bodo z miejscowości Moskenes. Jadąc powoli rozglądam się, bo teraz dopiero zaczynają się prawdziwie piękne krajobrazy Lofotów z charakterystycznymi mostami łączącymi górzyste wyspy majestatycznie wynurzające się z Morza Północnego i robiącymi niezwykłe wrażenie. Lofoty naprawdę są ładne i opisać je jest trudniej niż sfotografować, więc, podobnie, jak jadąc przez fiordy, staję tam, gdzie nie wolno i robię zdjęcia. Gdy je później będę oglądał dowiem się, że i one nie oddają urody wysp, więc nie wiem nawet jak przekazać zobaczony tam obraz i wrażenia. Jadę dalej, mijam grupkę rowerzystów poznając po fladze na sakwach jednego z nich, że to grupa z Polski. Trąbię i macham. Widzę w lusterku, że pewnie odczytali rejestrację i domyślili się powodu otrąbienia ich, więc odmachują. Kilka kilometrów dalej widzę znacznych rozmiarów szopę z dachem pokrytym roślinnością. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, bo w Norwegii , jak i wcześniej we Finlandii częstym widokiem jest właśnie dach pokryty roślinnością czy to na niektórych domostwach, czy na zabudowaniach gospodarczych, czy też na przystankach i budynkach toalet na parkingach. Jednak ten dach jest wyjątkowy, bo stoi na nim dodatkowa budka z zadaszeniem w której kłębi się niewielkie stadko owiec. Rozmyślania nad tym, jak one tam się znalazły odrywają mnie na chwilę od innych myśli. Przejeżdżam przez Moskenes i zauważam kolejkę która ustawia się do promu. Staję za dwoma Austriakami, którzy również podróżują na motocyklach i pytam, kiedy prom ma odpłynąć. Wszyscy twierdzą, że „zaraz”, a na następny trzeba będzie czekać 4 godziny. Rezygnuję więc z odwiedzenia A. Moja decyzja po jakimś czasie okazuje się błędem, bo do celu zostało mi tylko kilka kilometrów a „zaraz” przeciąga się do półtorej godziny. Częściowo umilamy ją sobie z Austriakami pogawędką na temat naszych podróży, a częściowo wypełniam ją rozmową z parą młodych Polaków w wieku studenckim, którzy podróżują po Norwegii autostopem z zamiarem dotarcia tam, gdzie ja już byłem, czyli na Nordkapp. Nie wybijam im tego pomysłu z głowy uznając, że skoro ja zmarzłem, to i im się należy. Niech się łudzą, stojąc teraz w ponad trzydziestostopniowym upale i pełnym słońcu, że dalej na północy będzie tak samo.

CDN
  
 
     
tomano
Trzeci Tłok


Dołączył: 18 Cze 2013
Posty: 50
Skąd: Miasto Stołeczne Poznań
Wysłany: 2014-10-28, 23:14   



Promowa przeprawa do Bodo umożliwia podziwianie widoków najpierw samych Lofotów, a później linii brzegowej kontynentu. O ile ta druga zachwyca naprawdę, o tyle muszę stwierdzić, że Lofoty znacznie ładniej prezentują się, gdy już się na nich przebywa niż oglądane z morza od tej strony. Po niecałych czterech godzinach żeglugi wyjeżdżam z promu i udaję się w poszukiwaniu trasy numer 17. Ponieważ jest już późno, a na dodatek niebo zasnuły chmury z których zaczyna coś kapać, chcę też gdzieś znaleźć nocleg. Uznaję, że tym razem skorzystam z prysznica, kuchni i dostępu do Internetu, jak na prawdziwego Europejczyka przystało. Skręcam za pierwszym drogowskazem kierującym na kemping, który okazuje się nie mniej porządny, niż te w Finlandii. Deszcz przestaje padać i nastaje piękna pogoda. Brak ośnieżonych szczytów, widoki, choć ładne, lecz przesłonięte rozsianymi kamperami oraz zmęczenie nie zachęcają do długiego siedzenia, więc szybko się kładę.
Budzę się o trzeciej i słyszę rzęsisty deszcz uderzający o tropik. „No znowu” myślę bez entuzjazmu, ale śpię dalej. O szóstej coś mnie ponownie budzi. Okazuje się, że słońce świeci tak mocno, że prawie nie daje spać. Jednak tej nocy postanowiłem wyspać się jak najlepiej i budzik nastawiłem na kilka minut po siódmej, więc twardo zmuszam się do snu, co się udaje. Dźwięk budzika przeplata się z odgłosami ulewy. „Co za pogoda?”, myślę, ale okazuje się, że muszę się do niej przyzwyczaić, bo właśnie taka będzie mi towarzyszyła już do końca wyjazdu. Ten deszcz ustaje na szczęście jeszcze przed moim wyjazdem, ale i tak pakuję mokry namiot, który od tej pory co noc będzie zwijany mokry i rozbijany co najmniej w mżawce. „Namiociarze” rozumieją, co czuję.



Ruszam oglądać „siedemnastkę”. Jadę nią i… tak robię dokładnie to samo, co na Lofotach lub oglądając fiordy. Zatrzymuję się często, by podziwiać i robić zdjęcia. Ta droga jest… Dobrze, nie będę się powtarzał. Zainteresowanych odsyłam do wcześniejszych fragmentów tekstu celem wycięcia z nich słów „ładna” i „piękna” oraz wszelkich ich synonimów i umieszczenia w tym miejscu oddzielonych przecinkami. A osobom, które zawitają w te rejony polecam przekonanie się o tym, co ta trasa ma do zaoferowania. By ją przejechać trzeba kilkukrotnie używać promu. Dojeżdżam do pierwszego, obok mnie staje autochton na BMW K1200. Razem wjeżdżamy na prom i po krótkiej chwili razem zjeżdżamy. Autochton jedzie szybko i… to jest dobre. W końcu, jadąc za nim, bez stresu odkręcam manetkę i pomimo ograniczeń prędkości do 80km/h osiągam wskazanie 130km/h na liczniku. Droga jest pełna zakrętów, a ja od tak dawna siedząc na bydlaku nie miałem okazji porządnie „odkręcić”, że, pomimo pięknych widoków, tym razem postanawiam zająć się jazdą. Niestety i teraz opona pozostaje niezamknięta, ale szybsza przejażdżka umożliwia odegnanie przemyśleń zajmujących mnie do tej pory. Dojeżdżamy w końcu do kolejnego promu i już wiem, czemu Norwegowi tak się spieszyło. Domyślam się, że znał po prostu godziny ich kursowania, bo wjeżdżamy na pokład praktycznie nie zatrzymując się pospieszani gestami obsługi jako ostatni i tuż za nami wjazd się zamyka. Płynąc promem przekraczam ponownie krąg polarny, co jest oznajmiane przez głośniki w chwili, gdy prom zrównuje się z postawionym na jednym z brzegów globusem. Widoki z promu dorównują co najmniej tym, które widziałem jadąc przez fiordy. Tym razem widzę takie od strony wody i mogę sobie pozwolić na robienie zdjęć dowoli, bez narażania się na mandat za zatrzymywanie pojazdu w miejscach niedozwolonych.



Przejechanie całej trasy 17 rzeczywiście zająć może dwa dni, jak mi to powiedzieli wcześniej ci, z którymi o niej rozmawiałem. I dużą część czasu zajmuje nie sama jazda przy dostosowaniu się do ograniczeń prędkości, lecz przeprawy promowe i oczekiwanie na nie. Ja niestety mam plany, by zwiedzić jeszcze atrakcje położone trochę bardziej na południe. Dlatego po zjechaniu na ląd, gdy tylko jest to możliwe odbijam w stronę Mo i Rana’y skąd trasą E6 podążam w stronę Trondheim. Sama e-szóstka jest również nadspodziewanie ładna i, gdyby nie to, że stosunkowo niedawno oglądałem fiordy i Lofoty oraz zaliczyłem kawałek „siedemnastki”, użyłbym bardziej poetyckich określeń w celu jej opisania. Tak jednak musi jej wystarczyć tyle, ile już napisałem. Zamierzam nią dojechać jak najdalej na południe i, pomimo późnej pory, trwam w swoich zamiarach. Noclegu planuję poszukać około 21:00, więc zostawiam za sobą bardzo ładne miejsca nadające się na rozstawienie namiotu. Deszcz zastaje mnie jeszcze grubo przed 20:00 i będzie już towarzyszył mi aż do rana. O wyznaczonej sobie na odpoczynek porze znajduję się już blisko Trondheim zaczynając żałować wcześniej omijanych dogodnych miejsc biwakowych. Obszar jest zurbanizowany tak, że dookoła widzę na zmianę pola, zabudowania i ogrodzenia, a droga zmienia się w trasę ekspresową. Dwukrotne zjazdy w boczne gruntówki prowadzą do gospodarstw umiejscowionych pomiędzy polami. Drogowskazy na camping dziwnie nikną po dwóch zakrętach. Jestem zmarznięty, zmęczony i głodny, deszcz co chwila wzmacnia swoją intensywność, lub osłabia , a ja jadę drogą szybkiego ruchu. Jadąc zauważam zmianę sposobu odczuwania temperatury w tunelach. O ile wjeżdżając w tunele na północy Norwegii aż do ostatnich, zawsze przejazdowi przez nie towarzyszyło odczucie znacznego obniżenia temperatury, o tyle teraz we wszystkich tunelach jest cieplej niż poza nimi. Jadę dalej i nagle, tuż po lewej zauważam parking. Idealny nie jest, ale odgrodzony żywopłotem od szosy i z miejscem na namiot. Ponieważ uważam, że przestrzeganie przepisów drogowych w moim stanie to nadmiar ekstrawagancji, więc łamiąc co najmniej trzy przecinam ciągłą zawracając w niedozwolonym miejscu i pod prąd wjeżdżam na upatrzona do rozstawienia namiotu pozycję koło ławek. Mija północ, gdy po szybkiej konsumpcji i higienie wieczornej kładę się w namiocie.




Szum samochodów budzi mnie kilkanaście minut przed budzikiem. Słysząc dźwięk jednoznacznie wskazujący na jeszcze długo mającą zamiar trwać ulewę wstaję niechętnie. Szybka kawa, zwijanie obozu i wyruszam w drogę. Po niedługim czasie pogoda się poprawia. Pomimo, że termometr wskazuje tylko 15 stopni, nie odczuwam chłodu i jestem znacznie lżej odziany, niż przy temperaturze 18 stopni na Nordkapp. Najpierw ustaje deszcz, a później wychodzi słońce. Dziś pierwszym celem jest Trasa Atlantycka. Jadąc w jej kierunku dziwię się napotykając na drodze pierwszy, darmowy prom. Może jest to wynikiem tego, że nie obsługuje on żadnej z dróg turystycznych, a krajową trasę E39? Po wjeździe do Kristiansund nie jest już trudno trafić na samą trasę, na którą wjazd od tej strony jest płatny. Po uiszczeniu opłaty zastanawiam się, czy może moja przedsiębiorczość nie została właśnie wystawiona na ostateczną próbę, której nie przeszła, gdyż punkt poboru opłat znajduje się jeszcze długo przed samą właściwą drogą widokową, a wcześniejszy dojazd poprzecinany jest mnóstwem poprzecznych dróg dojazdowych dla ruchu lokalnego. Również zjeżdżając z drugiej strony z trasy nie będę widział żadnych miejsc poboru opłat. O tym czy ich rzeczywiście nie ma, czy tylko zawiedzie mnie spostrzegawczość nie będę miał czasu się przekonywać, gdyż będę się spieszył w dalszą drogę, lecz tymczasem skupiam się na oglądaniu tego, za co zapłaciłem. Oglądam i przekonuję się, że widoki są warte ceny. Nie są to wysokie skały fiordów, ani ośnieżone szczyty wychodzące z morza, lecz duża ilość małych skalistych wysepek z których część połączona jest ciekawymi mostami. Jednym może się to podobać, inni, po wizycie nad fiordami i przejechaniu reszty tras widokowych mogliby być zawiedzeni, ale ja szczęśliwie należę do tej pierwszej grupy i spokojnie robię zdjęcia wierząc, że są malownicze. Tym razem nie muszę w tym celu zbyt często stawać w niedozwolonych miejscach, gdyż parkingów i zatoczek jest tu pod dostatkiem.



Ale, jako że czas goni, to z ostatniego parkingu wyruszam jak najszybciej się da w stronę najsłynniejszej Norweskiej trasy widokowej, a mianowicie Trollstigen. Znaleźć ją nie jest trudno, i już zbliżając się do niej widzę, że zarówno trasa, jak i jej otoczenie jest interesujące. Pięknie poprowadzone serpentyny wspinające się kilkaset metrów w górę, z przecinającym spadek wodospadu mostem oraz drugim, mniejszym wodospadem w tle to widok bardziej niż ciekawy. Jedyne co go zaburza to fakt, że chmury naszły dość mocno, siąpi z nich deszcz i trudno zobaczyć cały widok na raz, gdyż zawsze któraś jego część przesłonięta jest fragmentem jakiejś chmury. O obiecywanej w czytanych przeze mnie relacjach i przewodnikach, podobno pięknej panoramie na Góry Trolli, jaka ma się rozciągać z punktu szczytowego drogi, mogę zapomnieć. Prawdą jest zaś to, co czytałem, że droga jest po prostu zatłoczona. Widać to szczególnie dobrze z platformy widokowej umieszczonej na jej szczycie.



Pozostawiam Drogę Trolli za sobą i udaję się w stronę Geilanger jadąc piękną doliną. W zasadzie cała trasa nie zasługuje na inne miano, niż „piękna”, co jest w głównej mierze zasługą otaczających ją gór z dużą ilością wodospadów i soczystej zieleni. Widać to, pomimo nienajlepszej pogody raczącej mnie co pewien czas bardziej lub mniej rzęsistym przelotnym deszczem. Prawie równo o 19:00 tuż przy drodze nieopodal zjazdu do Geilanger zauważam parking położony w miejscu o tak zachwycających widokach, że aż się zaczynam zastanawiać, dlaczego ktoś tutaj hotelu nie postawił. Oczywiście nie boleję nad tym faktem, tylko zjeżdżam na sam parking i znajduję idealne do postawienia namiotu miejsce na lekkim podwyższeniu nieopodal furgonetki na rosyjskich rejestracjach. Ja i Rosjanie nie jesteśmy jedynymi, którzy chcą przenocować w tym miejscu. Parking roi się aż od różnego typu kamperów, furgonów i zwykłych kombi, w których podróżujący urządzają sobie noclegownię. Wydaje się, że ja jedyny chcę rozkładać namiot, choć obok mnie zaczynają kręcić się dwie pary dziwnie wpatrujące się w podłoże. Jak się później dowiem są to Afgańczycy, którzy od dobrych kilkunastu lat mieszkają w Oslo i właśnie zrobili sobie wakacje. Mają oni dwa namioty do postawienia, lecz sposób ich rozkładania na tyle jest pasjonujący, że daje rozrywkę na resztę wieczoru nie tylko mnie i Rosjanom, z którymi zdążyłem się zintegrować, lecz i reszcie gości ciekawie się przypatrującym poczynaniom Afgańczyków. Ci, bardzo mili i spokojni skądinąd ludzie, wybrali się chyba na swój pierwszy w żuciu kemping, gdyż ich biwak, pomimo, że zaczęli go rozkładać prawie równo ze mną, stanął po ponad trzech godzinach walki z przeciwnościami losu. W tym czasie zdążyłem się dowiedzieć, nie odmawiając pięćdziesiątki „za vstrechi”, że Rosjanie bardzo lubią Polskę, a mężczyzna był już w niej i bardzo miło wspomina pobyt tam. Wiek pary był na oko taki, że korci by zapytać, z którą armią mężczyzna zwiedzał nasz kraj. Nie robię tego ze względu na grzeczność wobec kobiety. Kładę się spać w wyśmienitym humorze, znacznie poprawionym rozmową z naszymi wschodnimi sąsiadami i widokami na fiord Geilanger, które , pomimo, że od czasu do czasu przesłaniane chmurami, były naprawdę piękne. Jedyną nieprzyjemnością, która mnie spotyka są dwa ukłucia meszek. Te sprytne owady upodobały sobie wnętrze mojej dłoni dość mocno użerając mnie tuż przy nasadzie kciuka w odległości około centymetra jedna od drugiej, a robiły to wręcz symultanicznie w jednej chwili. Również w jednej chwili zapłaciły za to wysoką cenę…


Kolejny dzień, który jest ostatnim zaplanowanym na zwiedzanie Norwegii, wita mnie mżawką i grubą warstwą chmur uniemożliwiającą już zobaczenie jakichkolwiek widoków. Pakuję się i jadę najpierw w stronę miasta Geilanger. Im niżej zjeżdżam tym chmur bardziej ubywa. A może ubywa ich z czasem? W zasadzie nie obchodzi mnie powód, ważne, że widać coraz więcej i coraz ładniej. Przejeżdżam przez miasto, a mijane co chwila napisy „camping full” i „no vacancy” teraz dopiero uświadamiają mi, jakim ten rejon cieszy się powodzeniem wśród turystów, z kolei powalające wręcz urodą widoki pozwalają zrozumieć, powód takiego stanu rzeczy. Kieruję się w stronę kolejnej w mojej wyprawie drogi widokowej, a mianowicie trasy 258, czyli Gamie Strynefjellsvegen. Jednak, żeby do niej dojechać pokonać muszę dalszą część trasy nr. 63. Jadę więc i co chwila widzę ogromne znaki zakazu zatrzymywania się i postoju, pod którymi, dla rozwiania wątpliwości, umieszczone są napisy w trzech językach mówiące, że na tej drodze naprawdę nie wolno się zatrzymywać ani na chwilę. Znaki są o tyle zasadne, że droga, a szczególnie to, co można z niej zobaczyć wprowadzić może w zachwyt. Pomimo przelotnego deszczu, który co jakiś czas daje o sobie znać, nie sposób mnie również dać się w ów zachwyt wprowadzić, a skoro już zostałem w niego wprowadzony uznaję, że o ile pośród trzech języków, w których podkreślano zakaz zatrzymywania się nie ma języka polskiego, o tyle pewnie ten zakaz Polaków nie dotyczy. Staję więc ochoczo co kilkaset metrów i robię zdjęcia, na których zapamiętuję nie tylko góry i widok na fiord, lecz również piękną dolinę z olbrzymim jeziorem, potok i wodospady.



Zjeżdżam w dół serpentynami, by po przejechaniu kolejnego tunelu zacząć wspinać się trasą 258. Początek, choć ładny, jednak nie zachwyca na tle wspomnień z innych części Norwegii, lecz im wyżej, tym bardziej malowniczo okazuje się być. Na samej górze czeka miła niespodzianka w postaci końca asfaltu. Dalej droga to ubita gruntówka z gdzieniegdzie rozsypanymi kamieniami. Jadę kolejną w tym dniu doliną na wysokości ponad 1100m.n.p.m. pomiędzy stokami gór gdzie nie gdzie pokrytymi łachami śniegu, ciekawymi jeziorkami i wystającymi spomiędzy nich tu i ówdzie skałami. To są piękne widoki. Zjeżdżając już asfaltem z trasy 258 zastanawiam się, która z dróg widokowych w Norwegii jest dla mnie najpiękniejsza. Oczywiście najbardziej znana jest Drabina Trolli. Jest ona mekką motocykli, kamperów, busów, osobówek, rowerów i mniejszych autobusów. W zasadzie wjeżdża na nią wszystko, co ma koła i nie jest taczką. Ale po moich doświadczeniach z innymi drogami tego typu, choć tych było raptem cztery ze wszystkich osiemnastu, jakie są możliwe do zobaczenia w kraju Wikingów, na pewno w moim osobistym rankingu Trollstigen miało by problem by utrzymać się na podium. Rozmyślając tak nie zauważam nawet, jak przelotny do tej pory kapuśniaczek zmienia się w rzęsistą ulewę. Co więcej w pewnym momencie widoki znikają zupełnie. Podejmuję decyzję, by już teraz, czyli w czwartek 17 lipca rozpocząć podróż powrotną odpuszczając sobie, ze względu na pogodę, przejazd jeszcze jednej z dróg widokowych, jakie zaplanowałem zwiedzić. Decyzja okazuje się słuszna, bo silne opady towarzyszą mi na tyle długo w drodze, że jestem przekonany co do faktu braku widoków w dalszej części tras. Jadę dość długo i przekraczam granicę Szwedzką, co można poznać nie tylko po budkach kontroli celnej i tablicach oznaczających wjazd na obszar Unii, lecz również po zupełnie odmiennym zachowaniu kierowców. Najwyraźniej szwedzcy policjanci mają luźniejsze podejście do egzekwowania przepisów niż ich koledzy w Finlandii czy Norwegii, bo większość kierowców nie stosuje się sztywno do ograniczeń prędkości, w szczególności na autostradzie, a przodują w tym Norwegowie, którzy potrafią przekraczać dopuszczalną prędkość o prawie 60km/h, co w ich ojczyźnie skończyć by się mogło nie tylko surową grzywną, lecz utratą prawa jazdy.



Wieczorem zmęczony staję na kampingu pod Goeteborgiem, gdzie tym razem po prawie dwóch tygodniach znowu widzę prawdziwą, ciemną noc. Podłączywszy się do Internetu próbuję zorganizować sobie bilety na prom relacji Karlskorna – Gdynia. Zależy mi na tym o tyle, że to właśnie między innymi niedokończone sprawy w Trójmieście powodowały natłok myśli w mojej głowie jeszcze w dniu wyjazdu. Niestety wszystkie miejsca na promie są już zajęte, więc biorę co jest, czyli bilet na prom z Ystad do Świnoujścia. Za dodatkowe 50 złotych wykupuję koję w kajucie, by po raz pierwszy od wyjazdu z Polski przespać się w łóżku.

Ostatniego dnia podróży wstaję wcześnie. Drogę do Ystad pokonuję błyskawicznie i bez problemu wjeżdżam na prom. Znajduję swoją kajutę, w której okazuję się być pierwszym gościem, więc wybieram najdogodniejsze, moim zdaniem, miejsce. Siedzę i robię lekki rachunek sumienia. W Finlandii spędziłem połowę czasu przeznaczonego na wyjazd, w Norwegii drugą. Mówiąc szczerze, kolejny raz wybrałbym inne proporcje podziału czasu pomiędzy te dwa kraje dając przewagę Norwegii. Nie, żeby Finlandia nie była ładna. To wspaniały kraj mający dużo do zaoferowania. Urzekł mnie sowim majestatycznym pięknem jezior zanurzonych pomiędzy zalesionymi pagórami, spokojem i życzliwością mieszkańców. Na pewno wrócę jeszcze raz w tamte rejony, lecz raczej nie motocyklem, za to chętnie wypożyczę lub dowiozę tam kajak, by z perspektywy wody sycić się jego urokami. W Norwegii zaś pozostało mi jeszcze wiele do zwiedzania. Nie widziałem ani największych fiordów, ani słynnej latarni morskiej w Krakens, ani szeroko opisywanych norweskich kościołów drewnianych, a z osiemnastu tamtejszych dróg widokowych przejechałem tylko kilka. Jeżeli wszystkie te atrakcje są choć w połowie tak piękne, jak te, które już zwiedziłem, jest to dobry powód, by wrócić celem ich zobaczenia i to na motocyklu.



Zaczynam się też zastanawiać, czy wracać do Norwegii już w przyszłym roku. A może zostawić ją na później a tymczasem obrać kierunek na Czarnogórę?, A może Rumunię, w której jeszcze nie byłem?, Czy też coś dalszego, jak np. Pireneje? Nagle drzwi się otwierają i z lekkim pukaniem staje w nich niewysoki, muskularnie zbudowany facet o żywych oczach i przyjacielskim uśmiechu. Przedstawia się imieniem Artur. Bardzo szybko nawiązujemy nić porozumienia i zaczynamy rozmawiać. Okazuje się, że Artur wraz z kolegami urządza sobie wyjazdy w stylu 4x4 oglądając przy okazji różne zakątki świata. W pewnym momencie wyciąga smartfona i mówi: „A chcesz zobaczyć zdjęcia z ostatniego wyjazdu? Akurat byliśmy z kumplami w Albanii.” Siadam koło niego i oglądam. Hmmm… Albania?

KONIEC
 
     
zdun13m 
Cztery Tłoki


Pomógł: 1 raz
Wiek: 49
Dołączył: 19 Paź 2014
Posty: 144
Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-10-29, 21:51   

Bardzo ci dziękuję za opis tej wyprawy. Czyta się jednym tchem. Wszystko tak opowiedziałeś że czułem ten wyjazd tak jak bym tam był. Powodzenia w następnych wyprawach.
 
     
bogdan201 
Trzeci Tłok


Pomógł: 1 raz
Wiek: 42
Dołączył: 04 Mar 2014
Posty: 97
Skąd: Gostynin
Wysłany: 2014-10-29, 23:14   

Opis bardzo ciekawy. Miałem dziś wcześnie iść spać ale lektura pochłonęła mnie aż do tej pory. Wyśpię się jutro. Warto było poczytać.
_________________
Honda VFR1200XD Black Edition 2013
 
     
tomano
Trzeci Tłok


Dołączył: 18 Cze 2013
Posty: 50
Skąd: Miasto Stołeczne Poznań
Wysłany: 2014-10-30, 12:06   

Dziękuję za miłe słowa. To mnie utwierdza w przekonaniu, że warto czasami się wysilić i coś nasmarować. :roll: Naprawdę cieszę się, że się Wam podobało 8-) .
 
     
Bouli
Administrator

Pomógł: 2 razy
Dołączył: 02 Maj 2012
Posty: 571
Wysłany: 2014-10-31, 21:11   

Przyznam się że przeczytałem od deski do deski z zapartym tchem. Cieszę się i jestem dumny że ludzie tak wielkiego formatu magą opisać swoje przeżycia i poznać tak samo zapalonych tutaj.

Co do tego że nikt się nie zabrał z tobą, na pewno żałują, ja osobiście też ale wpisuje to w swoje plany przyszłościowe.

Pozdrawiam i zapytam czy pisany był "dziennik motocyklowy" czy spisana po powrocie.

Lewa w górę !!!
 
     
tomano
Trzeci Tłok


Dołączył: 18 Cze 2013
Posty: 50
Skąd: Miasto Stołeczne Poznań
Wysłany: 2014-10-31, 22:54   

Dzięki Bouli.
Codziennie spisywałem "dziennik", ale w formie totalnie nie do publikacji. Były to luźne myśli, czasami skróty myślowe dla siebie, żeby zapamiętać najistotniejsze szczegóły. Relację zacząłem spisywać... właśnie na promie powrotnym. Skończyłem wprawdzie jeszcze w lipcu, ale trochę "przeleżała w szufladzie", bo nie chciało mi się wrzucać zdjęć do sieci. W końcu kilka wybrałem, wrzuciłem i opublikowałem relację ;-)
 
     
Crosstourer 
Cztery Tłoki


Dołączył: 02 Maj 2012
Posty: 173
Skąd: Polska
Wysłany: 2014-11-01, 10:17   

Bouli napisał/a:
Przyznam się że przeczytałem od deski do deski z zapartym tchem.


Potwierdzam, że tak samo uczyniłem co napisał kolega Bouli.

Co mogę dodać, to jestem pod wrażeniem i postanowiłem rozpropagować dalej ten artykuł, powiesiłem link do niego na naszej stronie na FB:

https://www.facebook.com/Honda.Crosstourer.Polska

Lewa w górę !!!
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,17 sekundy. Zapytań do SQL: 11